Bloog Wirtualna Polska
Są 937 744 bloogi | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Lubię to? NIE!

poniedziałek, 09 kwietnia 2012 16:05


Jakiś czas temu przeczytałam na FB, że jednemu z moich 58 „Znajomych” (który stał się moim znajomym mimo, że nigdy z nim nie rozmawiałam i nigdy go nie poznałam osobiście) umarła ciocia. Smutna wiadomość, z którą nie wiadomo co zrobić. „Czy na pewno FB jest dobrym miejscem do dzielenia się takimi informacjami?” pomyślałam zakłopotana. Chyba nie. Upewnił mnie w tym ciąg dalszy tej wiadomości. Ktoś kliknął „Lubię to!”

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Moi znajomi są od lat parą-małźeństwem, chyba już 15 lat po ślubie. Obydwoje są na FB, ale do jakiegoś czasu funkcjonawali odrębnie, mimo posiadania wspólnego nazwiska, dzieci, mieszkania, psa, kota itp. Któregoś dnia na jego Tablicy pojawiło się „Wydarzenie” w „Osi czasu”, że zmienił się jego „Status” i jest „W związku z Użytkowniczką X”. Zastanawiłam się nad tą informacją. Czy można to skomentować, polubić czy udostępnić? Polubiła to dość szybko sama zainteresowana X, a później posypały się gratulacje szczęśliwego życia od „Znajomych”.

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Wiem, że FB służy łatwiejszej komunikacji, ale jak rodzeństwo pisze do siebie przez FB „Przycisz muzykę u siebie w pokoju”, albo „Spotykamy się za ½ godz. w kuchni” (a mieszkanie ma 45m2 pow), zaczynam odczuwać niepokój...

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Od niedawna daje mi do myślenia robienie wspólnych zdjęć. Kiedyś to, że źle wyszłam i akurat przełykałam cukierka, umykało wśród wielu zdjęć z nart czy wakacji pokazywanych na obiedzie u teściowej. Teraz wiadomość, że zostałam „Oznaczona na zdjęciu” wzbudza mieszane uczucia. Może oznaczać miłe wspomnienie wspólnych chwil lub niezbyt udany kadr w mojej „Osi czasu”. Jest jednak wyjście – dwa przyciski pozwalają mi znów czuć się wolnym człowiekiem, który decyduje, że „Przestanie obserwować post”, lub „Usunie” to!

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------

 

„Zaznacz miejsce na mapie, gdzie aktualnie przebywasz” i... wyślij złodziejowi najbliższemu twojego miejsca zamieszkania, wiadomość pod którą wycieraczką zostawiłeś klucze!

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Sobota wieczór. Każdy z nas siedzi przy swoim laptopie. Zaglądam przez ramię do sąsiedniego laptopa. Oczywiście strona główna FB i przy prawie każdym nazwisku kropeczka - znak, że wszyscy są „On-line”. Ten przy laptopie, który siedzi przy mnie ma ferie i 18 lat. Jego znajomi też. Dlaczego są tego dnia i o tej godzinie w sieci?

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Jak być w porządku wobec siebie i innych, jeśli nie chcemy się z kimś kolegować? W życiu to proste, jest 100 tysięcy sposobów na unik. A na FB? Nie wiedziałam, że ta mila, młoda dziewczyna potrafi być publicznie tak ordynarna! Nie wiedziałam, że mój kolega interesuje się tylko motocyklami... Co zrobić, żeby z klasą uciec z męczącej znajomości? Czy chcesz usnunąć Katarzynę Kozerską z całą jej zawartością? Jeśli tak „Zaakceptuj to!”

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------

 

„O czym teraz myślisz?”. To pierwsze pytanie na FB od początku skłaniało mnie do zastanowienia „Gdzie ja jestem i po co?” Kogo interesuje co ja myślę i dlaczego miałabym to napisać? Dlaczego nie mogę sobie tylko myśleć? Po co komu i w jakim celu funkcja „Dziennika aktywności”? Przecież to jakieś absurd! Ktoś mnie w coś wkręca!

 

Wg Wikipedii „W grudniu 2011 roku liczba użytkowników na całym świecie wynosiła ponad 845 mln, a co miesiąc wgrywany jest ponad 1 mld zdjęć oraz 10 mln filmów. Pliki cookies ładowane przez serwis zapamiętują wszystkie strony, które mają powiązanie z Facebookiem. W związku z czym czasami część życia prywatnego osób zarejestrowanych na Facebooku jest pod kontrolą, nawet po wylogowaniu.”

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Dziś pod jakimś z moich wpisów znalazłam komentarz, że to co napisałam jest głupie. Właśnie z takim zamiarem, trochę przewrotnie i w niemądry sposób ten wpis zrobiłam, mając nadzieję, że moja ironia zostanie zrozumiana. Teraz myślę sobie, że brakuje nam na FB przycisku „To głupie!” i moglibyśmy generalnie przy tym projekcie to kliknąć.

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Życzę Nam wszystkim mniej klinkęć na FB, które nic nie dają, mniej autopromocji - siebie i swoich najbliższych.

 

Mam wielu znajomych, którzy nie są na FB. Szczęśliwsi może, którzy mają więcej czasu? Wiedzą czego nie chcą.

 

Mam znajomych, którzy są na FB i są prawie nieaktywni – rzadko się czymś dzielą, coś piszą. Może podglądają innych, tych nadaktywnych? Na codzień w życiu prywatnym i zawodowym są "gigantami" w swoich dziedzinach. Mają utalentowaną papużkę gadającą ludzkim glosem, ale jeszcze nigdy nie powiadomili o tym swoich „Znajomych”.

 

Nikogo nie interesuje, co mamy do powiedzenia poza nami samymi, nikt nie ma dla nas czasu i my nie mamy czasu dla innych. Jesteśmy „On-line” w jakimś świecie, gdzie nie starcza nam na nic czasu, szczególnie, żeby tak po prostu, realnie pobyć z drugim człowiekiem.

 

Co będzie jak pokolenie FB zacznie chorować, umierać, czy rozstawać się „z Użytkownikami”? Zaczniemy zmieniać statusy i pisać, że właśnie zwolnili mnie z pracy, jestem od kilku miesięcy na zwolnieniu, mam raka, moje dziecko zaczęło ćpać albo przeszedłem na przymusową emeryturę? Jak będziemy dzielić się trudnymi sytuacjami – lubić to, udostępniać czy usuwać? Co będzie z całymi pokoleniami dzieci, których rodzice mają dla nich mniej czasu, zajęci sami sobą, bo właśnie znaleźli coś nowego co „Lubią”.

 

Tracimy czas, swój, swoich najbliższych, rozkojarzamy się będąc w pracy. Co nam to daje? Może jest to narzędzie dla pracodawców, kto kim jest. Kogo zatrudnić, a kogo zwolnić? Co robi Kozerska na FB w godzinach pracy?

 

Jestem obserwatorem na FB jak pewno wielu innych. Moja aktywność jest marginalna. Boję się, że przez takie zjawiska jak FB świat się zmienia. Na gorsze.

 

PS. Nie chcę tym wpisem nikogo obrazić, urazić czy wyśmiać. Zastanawiam się głośno i „O tym teraz myślę”. Pewno wielu z Was też to wszystko wie i zastanawia się po co ona to napisała? Znowu ktoś zrobił coś, co tylko jego interesuje. I dlatego FB ma się dobrze!

 

Wg Wikipedii „24 października 2007 opublikowano w prasie informacje, że firma Microsoft kupiła część akcji Facebook. Było to 1,6% za kwotę 240 milionów dolarów amerykańskich. Szacunkowa wartość Facebooka wynosiła wtedy 15 mld USD.”

 

 


Trackback: http://bloog.pl/id,331012910,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Siła od-ruchu

poniedziałek, 06 lutego 2012 22:53

 

Od czasu kiedy jestem w Niemczech stałam się prawie fanatykiem polskiej telewizji, w szczególności polskich wiadomości. Nie wiem po co właściwie. Jest ona dla mnie źródłem codziennego stresu, ale czuję, że nie chcę wypaść z biegu tego absurdu.

 

Jestem na bieżąco z wpadkami posła Hoffmana i etapu śledztwa katastrofy smoleńskiej. Uspakajam się i wierzę, że mądrzy ludzie są na świecie oglądając na TVP Polonia Tygodnik.pl - przegląd najważniejszych wydarzeń z mijającego tygodnia. Dyskusja na poziomie, rzeczowi goście i formuła programu przy której nie można się nudzić. Po zakończeniu zostaje uczucie niedosytu. Wczorajsze wydanie z redaktorem Andrzejem Jonasem to trafna konkluzja na temat metod postępowania detektywa Rutkowskiego „Torturowanie jest przecież także bardzo skuteczną metodą”.

 

Wielka jest moja radość jak uda mi się trafić na emisję programu Słownik polsko@polski z prof. Miodkiem. Naprawdę można dużo się nauczyć i przy okazji - pośmiać. Program zrobiony z pomysłem, na bardzo wysokim poziomie i przy udziale internautów.

 

Poza polskimi wiadomościami oczywiście znam wszystkie aktualne reklamy. 3/4 z nich to rekalmy leków, które mają cudownie uzdrowić polskie społeczeństwo (podobno najbardziej zestresowane w całej Europie!). Poza wzdęciami i panem, który stoi napompowany w zatłoczonym autobusie (nie wiem co by było z pasażerami, gdyby pan wcześniej nie zażył leku „Wzdęcioprofen”), martwi mnie nabrzmiewający problem seksulaności polskich mężczyzn. Do tej pory zawstydzające mnie reklamy „o pionie” były nadawane w godzinach późno wieczornych. Widocznie nie trafiły do wszystkich, bo od niedawna 2-krotnie w czasie 15-minutowego śniadania oglądam reklamę bosonogiej piękności w zwiewnej koszulce, uchylającej drzwi do sypialni w której pewno leży ON, pytającej wcale nie szeptem „Co z NIM zrobiłeś?”. Drzwi się zamykają, bo pomógł „Erektozan”

 

Do moich „ulubionych” reklam należy też reklama, dzięki której każdego dnia pamiętam ile mam lat. Pani o świdrującym wzroku - osoby być może pracującej w biurze pogrzebowym - zadaje przenikliwe pytanie „Czy urodziłeś się w latach ...” i tu niestety wymienia lata w których się urodziłam. Zmusza mnie codziennie tym pytaniem do myślenia o załatwieniu formalności pogrzebowych i niezostawiania tego kłopotu moim najbliższym. Ostatnio pani z reklamy „Czy urodziłeś się w latach...” zamieniła się w panią ortopedę, która z równie przenikliwym wzrokiem co wcześniej, zadaje mi pytanie czy mam problemy a kolanami.

 

No wlaśnie i tu źle trafiła, bo już nie mam. Tak jak z pytaniem o lata dokładnie wymienia te w których się urodziłam, tak przy pytaniu o kolana siedzę przed telewizorem i pogardliwie się uśmiecham. Mnie to nie dotyczy.

 

Najlepsza reklama, którą do tej pory widziałam, była tak krótko emitowana, że być może przemknęła przez niektórzych zupełnienie niezauważona. Pewno dlatego, że finansowana z jakiś środków rządkowych czy publicznych. Może widzieliście jak do czlowieka siedzącego przy komputerze przychodzą same trampki i zakładają mu się na nogi, jak podjeżdża rower i każe na siebie wsiąść, jak sama czapka wchodzi na głowę i w końcu jak człowiek jest wyprowadzany z domu.

 

To jest reklama ruchu. Czegoś co nie sprzedaje żadna apteka, ani żadne towarzystwo ubezpieczeniowe. To jest coś co jest za oknem, bezpłatne i dobrowolne. Ta piękna akcja, tak mądrze i trafnie nazwana to Siła od-ruchu

 

 

Przy tej okazji mogę 100-kliknać – Lubię to!

 


 

Oderwij się choć raz od wygodnej kanapy i zacznij się ruszać. Idź pobiegać, wsiądź na rower albo nawet pomachaj energicznie rękami i nogami do muzyki – wybierz coś łatwego, cokolwiek wprawi Twoje ciało w aktywny fizyczny wysiłek przez pół godziny.

 

Jeśli raz to zrobisz, następnym razem przyjdzie Ci łatwiej – może nawet poczujesz większe chęci do ruszania się i nagły przypływ energii. To przyjdzie samo – taki wewnętrzny impuls. I znów zaczniesz się ruszać. Tak właśnie działa siła, która bierze się z ruchu. Spróbuj i przekonaj się, że to naprawdę wciąga!

Zmień podejście

Zamień upodobanie do komfortu na aktywny tryb życia. To Ci się odpłaci na wiele sposobów. Obniżysz swój poziom stresu. Poprawisz swój nastrój. Wzmocnisz odporność swego organizmu. Zaczniesz mieć wpływ na swoją sylwetkę. Twoi znajomi na pewno zauważą tę zmianę.

 

 

W następnym odcinku o tym co mnie wyciągnęło z domu przy minus 20 stopniach...

 

Trackback: http://bloog.pl/id,330823299,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Co robić przy 20 stopniach mrozu?

niedziela, 05 lutego 2012 22:07

Ruszać się, ruszać się!

 

 

Ciąg dalszy - zdjęć - nastąpi...

 

Trackback: http://bloog.pl/id,330820638,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

W poszukiwaniu spokoju

środa, 28 grudnia 2011 18:14


...a ja kocham takie święta, kiedy ludzie mają tak prawdziwie czas dla siebie, zaglądają sobie w oczy i cieszą się, że siebie mają. Lubię takie chwile zatrzymać i żyć później ich wspomnieniami.

 

Takie życzenia napisałam przed świętami i wcale ich nie puściłam w świat, bo stwierdziłam, że są za banalne. W drugi dzień świat oglądałam w telewizji „Szansę na sukces”, gdzie Anna Dymna składając życzenia mówiła o zaglądaniu sobie w oczy i czasie dla siebie. Pan Mann powiedział, że właśnie najprostsze życzenia są najpiękniejsze, a Anna Dymna potrafi je przekazywać w sposób szczególny. Wzruszająco-pozytywnie-ciepło dla serca.

 

A na mnie ostatnio jakoś tak wyjątkowo wzruszająco, uspakajająco i pozytywnie działają zwierzęta – psy, koty i – tego jeszcze nie wiedziałam – owce. Dotykanie futra i ich ciepło. To co widać w ich oczach, co robią z uszami.

 

Tą owcę spotkałam poźną jesienią gdzieś na łące w Garmisch. Pozostała z całego stada i dawała się głaskać, mrużąc oczy. Cieszę się, że mam jej numerek, bo jak już kiedyś będę mieć swój zwierzyniec (konia, krowę, dwa psy, kota, ze trzy kury i może jeża), właśnie ta owca zostanie w Kozim Zoo numerem 1.


  

 

 

 

Wszystkiego dobrego poświątecznie i przednoworocznie

 

 

Trackback: http://bloog.pl/id,330697808,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Temat do zdjęć i przemyśleń

piątek, 25 listopada 2011 19:07

 

 

Jak co roku w listopadzie w naszej wsi nic się nie dzieje. Gości już nie ma, a zima się jeszcze nie zaczęła. Wszystkie knajpy, sklepy, hotele korzystają z okazji, by remontować, modernizować i jeszcze lepiej przygotować się na największy utarg w roku, czyli święta i Sylwestra.

 

Tak też było w tym roku. Dlatego w tak „uśpionym” krajobrazie  temat, który się pojawił był wyjątkowo wyrazisty.

 

Zobaczyłam Go któregoś dnia w pełnym słońcu. W centrum wsi przy głównym skrzyżowaniu, przy pustym oknie niedawno zlikwidowanego sklepu stał... ukrzyżowany Jezus, ale bez krzyża i bez rąk.


 

 

 

Widok korpusu opartego o ścianę budynku i postawionego na czubkach palców, był czymś zupełnie dla mnie niezrozumiałym. I te ręce stojące obok... Na ziemi leżał długi, pojedynczy gwóźdź.

 

 

 

 

Mimo tak nieprzyjemnego widoku, nie wiem czemu, ale koniecznie chciałam Go sfotografować. Trwało to parę dni zanim udało się trafić na dobre oświetlenie.

 

Zaparkowaliśmy samochód, chcieliśmy podejść bliżej, gdy wtem jak spod ziemi wyrosła jakaś młoda kobieta. Od razu, bez żadnego wstępu zagadała nas z uśmiechem „No i co będziecie moimi sąsiadami? Chcecie obejrzeć ten lokal do wynajęcia? Ja mam za rogiem sklep sportowy...”. Nie zdążyliśmy nic odpowiedzieć, bo w tej samej chwili z okna na piętrze wychlił się mężczyna i pokazując w kierunku Jezusa zapytał „Chcecie Go powiesić u siebie w salonie?” Też nie odpowiedzieliśmy, bo właśnie przechodził nasz znajomy i widząc, że szykujemy się do robienia zdjęć zapytał „Może wam Go gdzieś przestawić, żeby było jeszcze efektowniej?”


 

 

 

Został tam gdzie Go znaleźliśmy, ale w myślach nie dawał mi spokoju. Kto Go przynióśł, jak Go niósł? Musieli przecież oddzielnie nieść ręce, czy przywieźli Go samochodem? Co będzie jak przyjdzie wichura czy śnieg? Bolał mnie ten widok, szukałam jakiś dramatycznych porównań i interpretacji. Niby tylko rzeźba, ale denerwowało mnie, że nikt tym się nie zajmuje. W pobliżu jest kościół katolicki. I nic.

 

 

 

Jezus stał chyba dwa tygodnie. Prawie codziennie sprawdzałam i był. Cały czas szukałam sposobu na „niemartwienie się” tym widokiem.

 

W ostatnią sobotę byliśmy u znajomych. Andrea widzi często „drugie dno”. Opowiedziam jej ze zmarszczonym czołem całą historię. Uśmiechnęła się zagadkowo „A nie pomyślałaś, że On po prostu zszedł z krzyża?”

 

W niedzielę pojechałam znowu, żeby już inaczej na Niego spojrzeć. Nie bylo Go. Został tylko gwóźdź...

 

A ten pusty lokal, przy którym stał, śni mi się po nocach. Żeby tam mieć swoją polsko-bawarską knajpkę z pierogami i makowcem, wygrzewającym się kotem przy piecu, herbatą w czajniczkach i bawarskim piwem. Żeby na ścianach wisiały kurpiowskie wycinanki, a przy ławach siedzieli Bawarczycy w Lederhosen. Żeby jeszcze lepiej połączyć te światy i... żeby może zostać polskim konsulem w Kruen :-)

 

 

 

Trackback: http://bloog.pl/id,330613872,trackback

komentarze (3) | dodaj komentarz

Trochę kolorów na listopadowe szarości...

czwartek, 17 listopada 2011 16:15

 

Zabrałam się za porządki w zdjęciach z tego roku. Strasznie mnie rozśmieszyły sierpniowe zdjęcia z pobytu mojej siostry Anki i naszej koleżanki Eli. Takie "babskie" spotkania zawsze mają w sobie coś fajnego! Marzy mi się taki kobiecy turnus - bez panów, dzieci i obowiązków. Może coś takiego w przyszłym roku moje znajome Panie?

 

A poza tym pięknie na tych zdjęciach pokazała się nasza okolica!

 

 

 

Jeden z głównych punktów turystycznego programu - Pałac Linderhof. Zawsze zatrzęsienie turystów, ale warto. Bogactwo i przepych wśród Alp. Niestety nie udało nam się sfotografować tryskającej wodą fontanny.

 

 


 

Dolina Eng w austriackiej części Karwendel - jak zawsze wyjątkowo! Właściwie mogę tam stale jeździć i za każdym razem jestem "porażona" widokami.

 

 

 

Nasze tajemnicze miejsce w drodze do Eng - szczególnie okazałe po ulewach. Od szumu wody, nie słychać własnych myśli... Na skałach można znaleźć "kamienne" fotele.

 

 

 

Gnałyśmy, żeby zdąrzyć i udalo się - ostatnie promienie słońca nad jeziorem Gerold.

 

 

 

Jedno z bardziej znanych malowideł ściennych w Mittenwald.

 

 


 

Linderhof - było tak zimno i tak lało tego dnia, że jak tylko wyszło na chwilę słońce wszyscy obecni natychmiast rzucali się do fotografowania.

 

 

 

Jakoś mi się tak noga podniosła, a Anka coś z wiekiem się zmniejsza. Kiedyś była zdecydowanie wyższa, a ja przecież nie na obcasach.

 

 

 

Isara i moje sekretne miejsce przy zakręcie.

 

 

 

Ach! to było fajne. To wcale nie takie łatwe - kiedy skoczyć i kiedy pstryknąć zdjęcie, żeby być w powietrzu. Dużo było nieudanych prób, aż wreszcie na ułamki sekundy zawisłyśmy w powietrzu. Dobre ćwiczenie. W tle Karwendel, a my skaczemy w parku w Mittenwald.

 

 

 

Towarzystwo z Eng, które zawsze punktualnie o 17 ustawia się przy szlabanie w sprawie dojenia. Jakie grzeczne i jak ładnie pozują do zdjęcia. Uwielbiam je!

 

 

 

Tak sobie przycupnęłyśmy na chwilę w Mittenwald.

 

 

 

Jezioro Gerold - zimą niedaleko stąd "pociągnięte" są trasy na biegówki.

 

 

 

Dobrze, że Romana nie było :-)

 

 

 

A tą całą "zdjęciową" pamiątkę mamy dzięki Eliserce


Trackback: http://bloog.pl/id,330589278,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

A miało być tak romantycznie...

sobota, 12 listopada 2011 22:03


Wyjeżdżając samochodem 1 sierpnia z Warszawy do Niemiec postanowiliśmy zahaczyć o Wrocław. Lato, wrocławska starówka, kolacja... – tym mieliśmy sobie wynagrodzić długą podróż.

 

Nocleg nie był żadnym problemem, bo zawsze śpimy w swoim samochodzie. Potrzebowaliśmy tylko miejsca na campingu. Przed wyjazdem znaleźliśmy w internecie jakiś adres, który był także w wykazie campingów międzynarodowych. Utwierdziło nas to w przekonaniu, że sprawa jest załatwiona. I to był błąd. Podejrzane było już zamawianie noclegu – pod wskazanym numerem komórkowym odzywał się jakiś „nagrany pan”, który informował, żeby przysłać SMS-a. Wysłałam. Też SMS-em odpowiedział tzn. potwierdził, że możemy przyjechać.

 

Dojechaliśmy do Wrcoławia późno, ok. 21. Wbiliśmy do nawigacji adres campingu. Zmęczenie podróżą praktycznie minęło. Cieszyliśmy się, że już za chwilę zostawimy na campingu samochód, wskoczymy w tramwaj i... Z głośno burczącymi brzuchami, wymyślaliśmy co będziemy jeść i w jakich ilościach.

 

Dojazd do campingu powoli zaczął zamieniać się w coś niezrozumiałego – z dość dużej ulicy nagle skręciliśmy w wyboistą. nieoświetloną drogę. W ciemnościach zaczęły majaczyć zarysy bocznicy kolejowej i obrzeży jakiegoś zakładu przemysłowego. Żadnych ludzi, żadnych samochodów. Zrobiło się niemiło. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do jakiejś grobli...

 

Nagle z ciemności wyłonił się, stojący na niewielkim wzniesieniu, otwarty ze wszystkimi drzwiami samochód osobowy. Zapalone światła, włączony silnik i jakaś para rozmawiająca podniesionymi głosami. On – typ dominujący, z tych większych, strój sportowy (dresy, addidasy, krótko ostrzyżone włosy). Ona – wiotka, mała, na obcasach. Ponieważ od dobrych kilkunastu minut byłam przerażona, scena wpasowała się do całej sytuacji. „Roman!” krzyknęłam, „Zobacz, on ją chce zgwałcić! Musimy coś zrobić!”. 

 

Pod pretekstem zapytania o dalszą drogę, zatrzymaliśmy się przy niecodziennej parze. Widać było, że są bardzo zdenerwowani. Emocje trochę im opadły, bo zaczęliśmy ich wypytywać czy dobrze jedziemy, gdzie skręcić itp. Nie słuchałam wyjaśnień, cały czas przyglądałam się dziewczynie. Miała łzy w oczach, chyba nawet wcześniej płakała i nie brała udziału w naszej rozmowie. Widać, że myślami była gdzie indziej...

 

Nagle chłopak w dresie złagodniał i uśmiechnął się „Dobrze, że się pojawiliście, bo chyba byśmy się tu pozabijali! Żona ćwiczy od godziny do prawa jazdy podjazd pod górkę”. Dziewczyna uśmiechnęła się zawstydzona. „Wie Pani co?” uruchomiła się we mnie Liga Obrony Kobiet „Najgorzej to się uczyć czegoś w związku. Szkoda, że nie mam czasu, bo byśmy sobie razem poćwiczyły, a panowie mogliby iść w tym czasie na piwo”. Chłopak mrugnął porozumiewawczo do Romana i już prawie zostaliby kolegami, gdyby nie to, że znowu burknęło nam w brzuchach. Przypomniało nam się dlaczego tu stoimy. „Jedziemy dalej szukać campingu” - pomachaliśmy im na pożegnanie.

 

Dojechaliśmy – miły chłopak otworzył nam bramę i wjechaliśmy na teren campingu. Gdzieś nad wodą, tonący w ciemnościach, nie wzbudził zaufania. Żadnego samochodu. „Będziecie Państwo dziś sami, jutro o 7 przyjeżdża 40-osobowa półkolonia dzieci.” Uciekliśmy w popłochu.

 

Ponieważ poziom głodu osiągnął stan ekstremalny, ważniejsze stało się jednak jedzenie niż spanie. Dojechaliśmy w okolice starówki. Wrocław w tamtych dniach był placem budowy – wszystkie uliczki w okolicach rynku były niemożliwie wręcz rozkopane. Żeby tego jeszcze było mało, powoli zaczynało padać. Remontowany bruk, wykopy, metalowe kładki – wszystko rozmiękło i zamieniło się w ślizgającą paćkę.

 

Zziębnięcii i wygłodniali dotarliśmy ok. 22 na rynek. Trzeba było najpierw zjeść! Nie tam, zaczęliśmy w deszczu biegać zachwyceni od jednego rogu do drugiego. Później biegaliśmy już w innym celu, żeby znaleźć jeszcze jakąś knajpę z czynną, ciepłą kuchnią. Udało się - podwójne pierogi ruskie dla mnie, placek po węgiersku dla Romana. Ogarnął nas błogi nastrój, ale i niepokój – gdzie tu spać? Zawsze oczywiście można w hotelu, ale spanie u siebie to największa przyjemność...

 

 

 

 

Pomocny okazał się nasz kelner – znalazł kontakt do kolejnego campingu i nawet ze swojego prywatnego telefonu dowiedział się czy mimo późnej pory, jeszcze nas przyjmą. Zgodzili się!

 

W strugach deszczu, już syci, dobiegliśmy szczęśliwi do samochodu. Szczęśliwi tym bardziej, że mieliśmy nocować na campingu przy Stadionie olimpijskim. Byłam wzruszona – Polska, organizator Mistrzostw Europy w czerwcu 2012, a ja w sierpniu 2011 będę spać na campingu przy Stadionie Olimpiskim.

 

Taki też szyld minęliśmy wjeżdżając na teren stadionu. I na tym wrażenie się skończyło – później było tylko gorzej. Pan na recepcji najpierw w dość obcesowy sposób zwymyślał nas (!) z powodu późnej godziny przyjazdu, a następnie z rubasznymi żartami na ustach poprowadził nas na miejsce. Zdecydowaliśmy się na miejsce bez dostępu do wtyczki elektrycznej i bez dostępu do wody. Mieliśmy zostać tylko jedną noc, tak więc sprawy te nie miały znaczenia. Pan uprzedził nas, że padające od tygodni deszcze podlały niektóre miejsca, dlatego ma ograniczone możliwości. Byliśmy wyrozumiali, zapominając o tym, że z pewnymi ludźmi – przed zapłaceniem – nie można wchodzić w żadne porozumienia (dostajemy coś o niższej jakości, a cena zostaje niezmieniona). Wyznaczone nam miejsce było pod drzewem śliwki mirabelki, które to owoce dokładnie wypełniały podłoże, poza tym, co chwilę spadały na dach samochodu. Trudno – „Teraz umyć się i spać”, odsunęłam z głowy krytyczne myśli. Nie widzieć mirabelek, ale uważać żeby się na nich nie poślizgnąć. Kierunek – sanitariaty.

 

Budynek z napisem „Sanitariaty” Ho, ho, ho! A co to? Powrót do przeszłości? Czyżbym znowu była na koloniach w latach 70-tych i miała 10 lat? Gdzie ja jestem? Nie miałam odwagi wejść – otworzyłam drzwi do jakiejś ciemnej jamy i już miałam uciekać, ale z tyłu usłyszałam szepty. Za mną stały przestraszone dwie Japonki, czekające na ruch z mojej strony. Wzięłam się w garść – wyciągnęłam rekę i zaczęłam w ciemnościach szukać jakiegoś włącznika światła. Śmierdziało sanitariatami, a ja oczami wyobraźni widziałam uciekające pająki i szczury. Sanitariat oświetlony śmierdział tak samo jak w ciemnościach. Do wrażeń zapachowych doszły także wizualne - olejna farba na ścianach, niedomykające się drzwi w toaletach, pływające odchody i kobiece opatrunki. Japonki chodziły przestraszone trzymając się za rękę. Ja dość szybko podjęłam decyzję – nie, dziękuję. Potrzebę załatwiłam pod mirabelką i „umyłam się” chusteczkami odświeżającymi.

 

W samochodzie znalazłam zszokowanego Romana, który i skorzystał z toalety, i wziął przysznic. Mimo wszystko wieczór się udał - zasłoniliśmy szczelnie okna, z lodówki wyjęliśmy jeszcze zimnego melona i szampana... Byliśmy u siebie.

 

 

 

 

O dziwo nawet dobrze spałam – trochę tylko, poza spadającymi mirabelkami, budziły mnie walczące ze sobą, bezdomne koty. Sporo ich było i wyglądały jakby bywały na campingu regularnie. Poczułam, że zaczynam obojętnieć.

 

Przy świetle dziennym mogliśmy dokładnie obejrzeć miejsce naszego pobytu – „uroku” dodawała wewnętrzna uliczka na terenie stadionu, którą regularnie przemieszczała się – nie wiadomo z jakiego powodu – grupa zataczających sie panów, mocno „zmęczonych” dniem poprzednim.

 

Rano poznaliśmy parę z samochodu obok - sympatycznych Niemców, zachwyconych Polską i Wrocławiem, jedzeniem, gościnnością itp. Byliśmy dumni, ale stojąc po kostki w mirabelkach, czuliśmy się w obowiązku trochę wytłumaczyć. Uspokoili nas mówiąc, że są przyzwyczjeni, bo znają takie „klimaty” też z Rumunii... Nie było w ich głosie kpiny, ani złośliwości, ale nas „ta Rumunia” przygnębiła.

 

Przed wyjazdem udaliśmy się do budynku recepcji z zamiarem niezapłacenia. Budynek i wnętrze recepcji to osobny rozdział. Atmosfera późnego socjalizmu – zapadnięta wersalka, żółto-przepalone wertikale, „podgryzione zębem czasu” proporczyki, osoby z obsługi palące papierosy w obecności klientów. Rachunek (w czterech językach: po polsku, niemiecku, angielsku i francusku) wyniósł 52,06 zł – 2 osoby za nocleg bez prądu. Zaczęłam wymieniać co mi się nie podoba i jak to wszystko ma się do przyszłorocznych mistrzostw, że to wstyd itp, na co usłyszałam „Tak, to wszystko Ci cudzoziemcy!”. Rzeczwiście, na campingu byli Niemcy, Holendrzy, Słowacy – polskich rejestracji nie widziałam. Podobno kotów nikt z pracowników nie słyszał, brudu nie ma i najlepiej żebyśmy wracali do siebie (mieliśmy samochód z napisem Garmisch-Partenkirchen), bo chyba zapomnieliśmy, że jesteśmy Polakami.

 

Takie historie najchętniej się zapomina, szkoda energii. Mimo wszystko, postanowiłam sobie, że nie daruje! Uważam to za mój obywatelski obowiązek – próbować coś z tą sprawą zrobić. Mamy tyle piękna i polskiej wartości, które nadają się na eksport, że takich miejsc i takich ludzi naprawdę nie musimy tolerować. Szczególnie przy stadionach olimpijskich, które mają być polską wizytówką w Europie na mistrzostwach. Jestem przekonana, że wielu mieszkańców Wrocławia, ciężko pracujących przy budowaniu potęgi miasta, nie ma pojęcia o istnieniu takiego kuriozum. Tak niestety mogą wspominać pobyt na mistrzostwach, ci cudzoziemcy, którzy postanowią skorzystać z campingu przy Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu.

 

Niestety nie posłuchałam się Romana i nie zrobiliśmy zdjęć. Szkoda. Sprawę wysłałam do Telewizji Polskiej i do Urzędu Miasta we Wrocławiu. Jest jeszcze trochę czasu na zmiany.


Trackback: http://bloog.pl/id,330575153,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Święta Isara

sobota, 05 listopada 2011 21:31

 

Są takie miejsca w przyrodzie, które stawiają nas „do pionu”. Pokazują nam swoje tajemnice i każą konfrontować się z samym sobą. To w takich miejscach słyszymy na głos swoje myśli i niespodziewanie płyną nam łzy. Chce nam się krzyczeć ze szczęścia, ale boimy się, że będziemy za głośno. Oddychamy raz pośpiesznie, za krótko, by już po chwili głębokim oddechami, napełnić się aż do bólu. Jest coś nadzwyczjnego w tym „byciu” – czujemy się odświętnie, że dane nam jest oglądać i czuć, chyba kawałek ziemskiego raju. Czasami jesteśmy zupełnie sami i wtedy jeszcze bardziej wzmaga się uczucie wyjątkowości.

 


 

 

 

Jakiś czas temu w dolinie Eng wśród przytłaczająco potężnych gór, latem przy zachodzie słońca i w kompletnej ciszy, poczułam się jak... w kościele. Takiej świątyni pełnej przyrody, gdzie można się modlić do Boga, słońca czy wiatru, których majestat przywraca nam wiarę w to, co najlepsze.

 

 

 

 

Taką magiczną moc i energię od której naraz chce się płakać, krzyczeć i śmiać, ma cisza nad Isarą. Ostatnio wyjątkowo dotkliwa, bo po „wielkiej wodzie” Isara zniknęła. Nadmiar wody przejął zbiornik retencyjny w Mittenwald, a po Isarze zostało wyjące pustką wielkie rozlewisko, pełne naniesionych, połamanych drzew i powyrywanych korzeni. Krajobraz jak po bitwie – widać gdzie i jak wysoko płynęła woda. Nie ma jej, słychać tylko ciszę.

 


 

 

 

Wielka woda zostawia na piasku obrazy, jak w galerii sztuki...

 

 

 

 

 

 

Skarpa na zakręcie zlowieszczo „spuszcza” kolejne ziarenka żwiru. Można siedzieć godzinami i patrzeć jak postępuje erozja – spadają kolejne połacie ziemi, coraz bardziej osłabiając rosnące na skarpie sosny. Jeszcze dumnie rosną, ale widać, że ich godziny już są policzone. Na zakręcie z „czasów wielkiej wody” została ławica ryb. Z niewiadomymi szansami na przeżycie.

 

 

 

 

 

Jest późne październiowe popołudnie. Przychodzę tu ostatnio codziennie, posłuchać „gadającej” Isary – nowych źródeł, ptaków, spadającego żwiru. Pachnie słońcem i baziami – dziwnie wiosennie, jak o tej porze roku. Nastrojowo i odświętnie.

 


 

 

Trzy dni poźniej „urwane” sosny leżą już na dole skarpy, a ziarna żwiru powoli osłabiają kolejne drzewa, ryb jakby więcej, a źródełka wesoło „puszczają” bańki. W zaroślach slychać ptaki, a na kamieniach wygrzewają się jaszczurki.


 

 

 

Kolejne „boskie” miejsce na mapie świata.

 

 


 

 

PS. Do Agnieszki

 

„Agnieszko! Jeśli to przeczytasz. napisz proszę dlaczego czasami trzymasz kamienie z Isary w lodówce?! Coś chyba przeoczyłam lub niezrozumiałam przy naszym ostatnim spotkaniu.”

 

Agnieszka dostaje od nas w prezencie najładniejsze lub najoryginalniesze okazy kamieni z Isary. To tu udaje się znaleźć centkowane, szare albo śmierdzące rdzą jak odpady metalu albo kamienne jaja. Takie tam KamienneRóżności.DE

 

 

 


 

 

Trackback: http://bloog.pl/id,330548032,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pożegnanie lata

środa, 12 października 2011 22:05

 

Czy można zobaczyć na termometrze jak z 27 stopni plus spada temperatura do stopni 3? Czy można jednego dnia pływać w ciepłym jeziorze, a następnego dnia marznąć w narciarskiej kurtce, czapce i rękawiczkach? Czy można jednocześnie widzieć kwitnące pelargonie na balkonie na tle białych gór? Czy można jednego w sobotę wypić z pragnienia trzy litry wody, a w niedzielę siedząc cały dzień w domu zjeść na obiad pół kaczki z czerwoną kapustą, a na deser pół paczki ciasteczek „Vitalgebaeck” i być głodnym?

Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi – „Można”.

 

Takie scenariusze powtarzają się ostatno prawie każdego tygodnia – naprzemian bardzo ciepło i bardzo zimno. Ale w międzyczasie „odwiedziło” nas „babie lato”. Po niemiecku nazywa się to „Altweibersommer" (w wolnym tłumaczeniu „lato starych bab”). W Ameryce Północnej to „Indian Summer” (indiańskie lato), a w Szwajcarii „Witwensoemerli” czyli „Wdowie lato”

 

Czas po prostu bajkowy... rowerowo-pajęczynowo-piknikowy z krowami w tle.


 

 

 

 

 

 

 

 

Z naszymi ukochanymi sasiadami Baerbl i Schorsch


Trackback: http://bloog.pl/id,330453709,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Urlopowe historyjki – światło na Costa Brava

środa, 21 września 2011 9:46

 

Na koniec urlopu „wylądowaliśmy” w Hiszpanii na Costa Brava. Takie nazwy jak „Costa Brava”, „Chalkidiki” zawsze mnie odstraszały. Pełno ich w folderach biur podróży, gdzie „kuszą” wieżowcami na plażach z ponumerowanymi miejscami. „Nie dziękuję, nie dla mnie” - miałam zawsze przygotowaną odpowiedź, gdyby ktoś chciał mnie zaprosić w takie miejsce. Zawsze boli mnie widok tak „zużytej” przyrody na potrzeby człowieka. Kiedyś szukając miejsca we Włoszech na wakacje, śledząc w Google Earth centymetr po centymetrze zachodnie wybrzeże Adriatyku, nie znaleźliśmy na długości ponad 500 km. żadnego niezabetonowanego miejsca na wybrzeżu! Co mają zrobić ci, którzy nie chcą zorganizowanego wypoczynku?

 

 

 

 

Teraz wiem – jechać do El Port de la Selva na Costa Brava! Już po raz kolejny udało nam się, trafić w okolice parku krajobrazowego i zobaczyć prawdziwą przyrodę. Na szczęście nie ma tam zbyt dużo rozrywek. El Port de la Selva jest bardziej wioską rybacką niż letnim kurortem. To miejsce wymarzone dla początkujących na windsurfingu i kitesurfingu, dla płetwonurków i... poszukiwaczy dobrego światła przy fotografii lub malarstwie. Wyjątkowo dużo czasu spędził tutaj Salvador Dali. Rzeczywiście zdjęcia wyszły nadzwyczajne :-].

 

 

 

Park krajobrazowy w El Port de la Selva i jego okolice to skaliste wybrzeże powulkaniczne, miescami ostre jak żyletka. Uwaga na gniazda os w skałach!

 

 


Plaża w Selva jest kamienista z przepięknymi okazami kamieni. Trafiliśmy w zatoczce na miejsce, gdzie leżały kamienie wyglądające jak... oczka do pierścionków, gotowe wisiorki i stare, żółte zęby.

 

Nocowaliśmy na campingu nad samym morzem. Czy wiecie, że cisza nocna w Hiszpanii zaczyna się od 24? Późnym wieczorem zaczynało się przygotowywanie jedzenia. Zewsząd czuć było smażone mięso przyprawione kurkumą i czosnkiem. We wszystkim uczestniczyły do bardzo późnych godzin, małe dzieci.

 

 

Brzegiem morza kilometrami poprowadzona jest ścieżka spacerowo-rowerowa. Piękne wykonanie – proste, super czysto, wśród skał i tamtejszej roślinności, świetnie komponuje się do otoczenia. Żadna ingerencja w przyrodę.

 

 

Wieczorami istne szaleństwo – szum fal i powiew wiatru, wszechobecne cykady i zapach rozmarynu. Alejki oświetlają dyskretne reflektory, które jeszcze bardziej „podkręcają” i tak niebezpiecznie romantyczną atmosferę.

 

Mile zaskoczyła nas tamtejsza pogoda – upalne dni i chłodne jak na Hiszpanię noce. Podobno w miejscu tym mieszają się gorące masy śródziemnomorskiego powietrza z zimnymi prądami znad Pirenejów. Dla nas „środkowych” Europejczyków – klimat „marzenie”.

 

Upalne dni to oczywiście woda – nurkowanie i windsurfing. Niestety dla mnie narazie tylko do podziwiania. Może kiedyś... Jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że już niedługo z nauką pływania pokonam kolejny etap i wyjdę z brodzika dla dzieci [:-|]

 

Wielkim, miejscowym „rarytasem” jest targ w Selvie. Jedzenie, wino, koszyki, ryby, salami, sery i... fun shop FC Barcelona.

 

To tyle. Jeśli będziecie mieć okazję, koniecznie zobaczcie to miejsce. Czasami, zupełnie przypadkowo można trafić na coś tak wyjątkowego jak El Port de la Selva, gdzie nagle, niespodziewanie szybko, człowiek czuje się jak u siebie. Taki normalny, przyjazny świat, który na długo zostaje w sercu. Za Selvą tęskni się... 

 

 


Trackback: http://bloog.pl/id,330383087,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  44 800 (wersja testowa)